Widziałem Oblężenie Warszawy

Książka wydana w Wielkiej Brytanii w 1941 roku autorstwa Alexandra Poloniusa (pseudonim), przetłumaczona z języka angielskiego.

Autor dziennika był Polakiem od wielu lat zamieszkującym w Londynie, nauczycielem akademickim i korespondentem warszawskich gazet. W sierpniu 1939 udaje się do Warszawy w celu odwiedzenia rodziny. Po wybuchu wojny udaje się z matką do ich letniej rezydencji , mieszczącej się w pałacu w Wiązownej. Autor organizuje tu Straż Obywatelską i staje na jej czele. Pałac gości na krótko sztab gen. Andersa wraz z samym dowódcą, z którym autor ma przyjemność kilkukrotnie rozmawiać.

Wobec zacieśniającego się pierścienia niemieckiego okrążenia stolicy i na rozkaz generała, autor wraca do Warszawy. Epizod Wiązowny to około sześćdziesiąt stron.

Oryginał wydany w 1941 roku

Po powrocie do domu na Mokotowie autor doświadcza tytułowego oblężenia. Z wielką wnikliwością i wrażliwością notuje w swoim dzienniku bieżące wydarzenia. Kilkukrotnie udaje się w pieszą wędrówkę z Mokotowa do rodziny rozsianej po całym mieście. Ta swoista odyseja jest okazją do wielu niezwykłych obserwacji, spotkań i spostrzeżeń zapisywanych w dzienniku. Pojawiają się konkretne nazwiska, ulice i budynki, które nierzadko na oczach autora zamieniają się w gruzy. Fragmenty mojego tłumaczenia zamieszczone zostały w Gazecie Wyborczej (Stołeczna) 2.09.2016.

Po kapitulacji Warszawy autor udaje się wraz z przyjacielem na wschód, aby dotrzeć do jedynego neutralnego jeszcze portu w Rydze na Łotwie po to, by dostać się do Szwecji i Norwegii, a stamtąd do Newcastle w Anglii.

Już na wschód od Warszawy napotykają kraj po dopiero co zakończonej walce, porzucone pociągi z zaopatrzeniem, pociągi pancerne, rozmawiają ze świadkami tych zdarzeń, którzy opisują pierwsze zbrodnie Niemców.

Wielu emocji i zdumienia dostarcza zderzenie z Bolszewikami i ich mentalnością, po nielegalnym przekroczeniu linii demarkacyjnej ustalonej na podstawie paktu Ribbentrop- Mołotow. I tu, jak uprzednio w Warszawie pojawiają się niespodziewanie postacie znane z historii, oraz radzieccy żołnierze w śmierdzących, połatanych mundurach i z karabinami na sznurkach, którzy zajmują Wilno.

Autor, po wielu perypetiach dociera do Newcastle statkiem z norweskiego Bergen dnia 23 października 1939 roku.

Autor

Jest nim Alexander Polonius, co naturalnie jest pseudonimem, który właśnie udało mi się rozszyfrować po kilku latach badań. Wszystkie próby dotarcia do jego prawdziwej tożsamości opisałem w posłowiu: dziesiątki wątków, osób z całego świata zaangażowanych w poszukiwania, kwerendy w bibliotekach od USA, poprzez Europę, Indie po Australię.

Oficjalna wersja przyjęta przez biblioteki wskazuje na to, że za pseudonimem kryje się Franciszek Bauer Czarnomski, jednak w posłowiu obalam tę tezę i udowadniam, dlaczego tak nie jest. Podaję także prawdziwe nazwisko Alexandra Poloniusa jak i tragiczną historię jego rodziny.

Wszyscy jej członkowie opisani w dziennikach prawdopodobnie zginęli w warszawskim getcie. Ocalał jedynie stryj Tadeusz oraz jego syn Konstanty, którzy ukrywali się przez całą wojnę.

Wkraczamy w świat Poloniusa

Książka

Wydana w Londynie, Glasgow lub Edynburgu na wiosnę 1941 przez nieistniejące od wielu lat wydawnictwo William Hodge and Co Ltd i adresowana wybitnie do anglojęzycznego czytelnika jako ostrzeżenie przed nazizmem i bolszewizmem. Niestety, nic więcej na temat wydania książki nie wiadomo.

Pierwsze, entuzjastyczne recenzje ukazały się w The Scotsman z 12 kwietnia 1941 roku, ale już 31 maja tegoż roku duża, ilustrowana recenzja ukazała się w The Telegraph wydawanej Brisbane w Australii!

Niestety, nakład jest nieznany, ale z jedynego wydania w bibliotekach rozsianych po całym świecie znajduje się około osiemdziesięciu egzemplarzy. Najwięcej w Stanach Zjednoczonych: m.in. biblioteki Kongresu USA, Akademii Wojskowej West Point, kilku najszacowniejszych uniwersytetów amerykańskich.

W Europie dzienniki Poloniusa posiadają między innymi biblioteki uniwersytetu w Cambridge, Szkocka Biblioteka Narodowa w Edynburgu, poza tym kilka egzemplarzy w Niemczech, Irlandii, Skandynawii. W Polskich bibliotekach znajduje się ich dziewięć, ale dzieło Poloniusa jest także w bibliotece Narodowej w Delhi, i- co równie ważne- w Australii.

Sama książka, bardzo starannie wydana, w sztywnych okładkach, liczy 364 strony.

Tłumaczenie

Ze względu na rok wydania książki, zapewne kierując się koniecznością ochrony pozostawającej pod okupacją rodziny, nie tylko autor ukrył się pod pseudonimem, ale zadbał także o to, aby pewne fakty, osoby czy adresy ukryć lub podać te dane nie wprost. Najlepszym przykładem jest nazwa miejscowości, gdzie mieścił się letni pałac Poloniusów: Viasno.

Odtwarzając drogę z Warszawy na podstawie informacji podanej między wierszami przez autora udało się ustalić, że jest to Wiązowna. Tamtejszy pałac był rzeczywiście chwilowym miejscem postoju sztabu gen. Andersa.

Dzięki temu ustaleniu dotarłem do nazwiska właścicieli oraz ich adresu w Warszawie.

Oprócz tłumaczenia tekstu zaangażowałem się także w rozwikłanie pewnych faktów czy nazwisk, które nierzadko doprowadzały mnie do niezwykłych konkluzji czy odkryć, co zawarłem w przypisach skonstruowanych w taki sposób, aby stanowiły nie tylko źródło wiedzy ale także inspiracji dla czytelnika.

Podczas tłumaczenia wiele faktów opisanych przez Poloniusa konsultowałem ze znanymi varsavianistami, aby jak najrzetelniej przedstawić je odbiorcy.

Jestem pewien, że zarówno treść odnalezionych po siedemdziesięciu sześciu latach dzienników jak i historia prób dotarcia do prawdziwej tożsamości autora będą nie lada atrakcją dla czytelników: zarówno tych, zainteresowanych tematem początków II wojny w Polsce jak i zawodowych historyków. Zachęcam do zapoznania się z poniższymi fragmentami mojego autorskiego tłumaczenia I Saw the Siege of Warsaw:

Kim jesteś Poloniusie? Posłowie.

Podobno nic nie dzieje się bez przyczyny.

Tak więc i to, że akurat tego pięknego, słonecznego dnia postanowiliśmy zejść do miasteczka po zakupy, których właściwie nie potrzebowaliśmy, musiało być gdzieś tam w górze zaplanowane.

Spędzaliśmy z żoną letnie wakacje w urokliwej miejscowości Gullane. Słońce piekło niemiłosiernie, chyba z dziewiętnaście stopni, co jak na szkockie warunki jest prawie wszystkim, co da się wycisnąć z tej pory roku. Wybraliśmy się właściwie po chleb do piekarni Falco prowadzonej przez Niemca. Jego Sonnenblumenbrot, pieczony zapewne wciąż według starej sztuki piekarskiej przypominał najlepsze lata pomorskiego piekarnictwa w odróżnieniu od lokalnej waty sprzedawanej już chyba tylko z sentymentu pod nazwą chleba.

Tak zaopatrzeni mieliśmy już zacząć naszą mozolną wędrówkę pod górkę do domu na klifie, kiedy nagle okazało się, że jest jeszcze jeden punkt programu, bo „skoro już tu jesteśmy…” Charity shop, którego ni jak nie dało się obejść.

Jak wiele tego typu sklepików i ten był wyjątkowy, z dwóch względów: prowadziły go dwie przeurocze starsze panie i był absolutnie nieprzewidywalny jeśli idzie o oferowany towar. Podczas gdy Ania przerzucała zwisające z wieszaków różnokolorowe szmatki ja zająłem się skromną półką z makulaturą : albumy ze szkockich Highlands, podręczniki jak przy pomocy laski trafić piłeczką do dołka, sto potraw z haggisa, gwiazdy szkockiego futbolu z lat sześćdziesiątych…Nagle moją uwagę zwróciła okładka w kolorze wypłowiałego burgundu, wyświechtany grzbiet starej książki, a raczej dwa słowa z jej tytułu: „Warsaw” i „Polonius”. Wziąłem ją do ręki, ale Ania była szybsza: stała z bluzką przyłożoną do kształtnej piersi i uśmiechając się czekała na moją akceptację. Zanim jednak wypowiedziałem sakramentalną w takich wypadkach formułę „ Taaa…świeeetna”, już trzymała w ręku moją książkę.

– Ile? – zapytała bez ceregieli. – Dwa funty.Musisz to mieć! – zadecydowała. I słowo ciałem się stało.

Po powrocie do domu na klifie wciąż grzało słońce. Usiadłem w ogrodzie łagodnie opadającym w kierunku zatoki Forth. To właśnie na jej wodach kończył się plan „ Peking”, w ramach którego w pierwszych dniach wojny przyszły nasze trzy niszczyciele. Tu także zakończyła się epopeja ORP Orzeł po słynnej ucieczce z Tallina. Tędy właśnie wypływali w kwietniu 1940 roku w swój ostatni rejs…Dokładnie po drugiej stronie zatoki zieleniły się pola, które podczas wojny były domem dla 1.Samodzielnej Brygady Spadochronowej generała Sosabowskiego, słynny „Małpi Gaj”. Gdyby mieć dobrą lornetkę…

Nie miałem…Spoglądając na zatokę u mych stóp zważyłem w ręku książkę właśnie nabytą u Betanek. „ I Saw the Siege of Warsaw”, i autor: Alexander Polonius. Zapewne coś o Powstaniu?- pomyślałem, gdyż pewnie ośmiu na dziesięciu świadomych historycznie moich rodaków pomyślałoby tak samo. Wklejka z mapą przedwojennej Polski i wytyczona trasa: od Warszawy przez Siedlce, Czeremchę, Wołkowyjsk, Lidę, Wilno, Turmonty, dalej Litwa do Kowna i w końcu Ryga na Łotwie.

Rok publikacji jednak sprowadził mnie na ziemię: 1941.

A więc bracie Poloniusie wydałeś ją w najciemniejszej godzinie wojny gdzieś w Wielkiej Brytanii, której losy, jak i losy wolnego świata wisiały wtedy na włosku. Kogo wówczas obchodziło to, co stało się w Warszawie dwa lata wcześniej, skoro cała Europa właśnie doświadczała jej losu? O bestialstwie niemieckim przekonali się już wszyscy na starym kontynencie, nikt nie miał złudzeń, że niosą oni ze sobą barbarzyństwo, jakiego jeszcze nie znał świat. A jednak postanowiłeś opowiedzieć o nim Europie…i światu!

Kim byłeś rodaku, który się na to porwałeś? Jak Ci się udało z Twoim przesłaniem dotrzeć na każdy kontynent? Dlaczego dzisiaj nikt o Tobie nie wie? NIC?! Tak jak o Twoim bracie, który walczył o wolność i ludzką godność i któremu tymi właśnie słowy zadedykowałeś swoją książkę?

Dedykacja

Aby dowiedzieć się czegokolwiek o autorze zwróciłem się naturalnie do Internetu. Niestety, nie miał mi wiele do zaoferowania, w zasadzie nic. Mój przyjaciel informatyk twierdzi, że jeśli czegoś tam nie ma, to to nie istnieje. Nie zrażony zacząłem moje poszukiwania Poloniusa.

Na tym etapie lektury wiedziałem, że przypłynął do Newcastle 23 października 1939 z Bergen w Norwegii. Jak zapewne setki innych Polaków. Oczywiście, nie będzie wśród nich nazwiska Polonius, bo to pseudonim. Tak więc szperanie w brytyjskich archiwach odłożyłem na czas jakiś.

W pierwszym odruchu zwróciłem się za pomocą poczty mailowej do profesora, u którego podczas studiów składałem egzamin z historii literatury polskiej okresu międzywojennego. Z wynikiem bardzo dobrym, zresztą. Odpowiedź nadeszła szybko. Pan profesor uświadomił mi, iż nie jest od rozwiązywania szarad i chyba pomyliłem adresy pytając go o Poloniusa.

W pogawędce z panią bibliotekarką z osiedlowej placówki w Edynburgu dowiedziałem się o istnieniu strony internetowej, z której mogę dowiedzieć się, gdzie znajdują się inne egzemplarze „ I Saw the Siege of Warsaw”. Wyniki wprawiły mnie w zdumienie.

Siedemdziesiąt cztery egzemplarze dzieła Poloniusa figuruje w bibliotekach rozsianych po całym świecie: najwięcej, bo aż czterdzieści w Stanach Zjednoczonych, w tej liczbie biblioteki największych uniwersytetów, biblioteka Kongresu czy akademii wojskowej w West Point.

W Europie najwięcej książek jest w Wielkiej Brytanii (w tym jeden egzemplarz w Bibliotece Narodowej w Edynburgu), gdzie również dostępne są w bibliotekach renomowanych uczelni jak choćby Cambridge. Po jednym egzemplarzu posiadają biblioteki narodowe w Irlandii, Holandii, Szwecji, choć w Niemczech odnalazłem już pięć bibliotek. Nawet w Australii znajduje się sześć egzemplarzy. W Polsce odnalazłem… dziewięć.

Wybrałem kilka stron internetowych różnych bibliotek i korzystając z opcji „zapytaj bibliotekarza” wysłałem prośbę o ustalenie tożsamości Poloniusa. Wkrótce nadeszły odpowiedzi z Australii, Stanów Zjednoczonych, Cambridge i Szkockiej Biblioteki Narodowej w Edynburgu. Były niemalże identyczne: po przejrzeniu wielu źródeł udało się ustalić, iż Aleksander Polonius to…pseudonim. To wszystko. A więc byłem w punkcie wyjścia.

Stało się dla mnie jasne, że wszystko, czego mogę dowiedzieć się o tożsamości autora jest zapisane w samej książce, najczęściej w postaci zakamuflowanej, podane nie wprost, gdzieś między wierszami.

Takie podejście nie dziwi jeśli uświadomić sobie, w jakim czasie dziennik był redagowany. Pierwsze recenzje w prasie brytyjskiej ukazały się w gazecie Scotsman 12 kwietnia 1941 roku, co wskazuje na to, że nad ostatecznym kształtem książki autor musiał pracować podczas gorących dni Bitwy o Anglię. Chyba nikt nie miał wówczas złudzeń, że ta wojna potrwa jeszcze długo a wyzwolenie Polski spod niemiecko- sowieckiej okupacji nie nastąpi prędko. Chęć chronienia rodziny i znajomych, o których wspominał na kartach swoich dzienników skłoniła go zapewne do podjęcia takiej strategii pisarskiej, która nie ułatwiała czytelnikowi, którym mógł przecież być również wróg, ujawnienia prawdziwej tożsamości niektórych postaci.

Jak do tej pory Polonius nie powiedział o sobie wiele na kartach dziennika : nauczyciel akademicki, zapewne w Londynie, gdzie przebywał od co najmniej dziesięciu lat. Jednocześnie korespondent warszawskich gazet i bywalec stołecznych salonów.

Rodzina Poloniusów, zamieszkująca warszawski Mokotów składała się z energicznej matki, zniedołężniałego nieco ojca, siostry-podfruwajki, studentki Uniwersytetu Warszawskiego i brata, oficera rezerwy jakiegoś pułku ułanów. Rodzina nie tylko zamożna, ale należąca do warszawskiego establishmentu. Willa na Mokotowie, służba : kucharka, lokaj, ogrodnik; kolekcja antyków i obrazów, własne auto (Morris Pegasus) i wreszcie rezydencja podwarszawska.

Zaraz, zaraz … to być może jest jakiś trop?!

Polonius wspomina o miejscowości Viasno. Próżno szukać jej na mapach: zapewne tak właśnie nazwał oryginalną osadę, aby nie ujawniać jej nazwy ale także sprawić, aby była fonetycznie prosta dla anglojęzycznego czytelnika, potencjalnego odbiorcy jego dzienników. Wiedząc, gdzie leżał ten majątek, nie będzie trudno ustalić, kim byli właściciele. Skupiłem się więc na tym tropie.

Należało teraz prześledzić trasę, którą przebyli autem na początku wojny w drodze do Viasna: Most Poniatowskiego, Grochów, zniszczona fabryka „ zaopatrująca armię w telefony na Grzybowskiej,” skręt niedaleko Wawra, gdzie znajdował się przejazd kolejowy”, Miłosna i dalej, gdy dotarli do „ punktu, gdzie droga rozwidlała się w kierunku Brześcia Litewskiego albo Lublina”( Zakręt !). Teraz już prosto szosą na Lublin, aż w końcu:

„W oddali pokazały się zarysy biednej, żydowskiej osady Kolka, rozciągniętej wzdłuż głównej drogi i z niej żyjącej. Teraz wiedzieliśmy, że Viasno jest już zupełnie niedaleko i mogliśmy zacząć myśleć o kolacji. W końcu dotarliśmy na miejsce. Wielka brama do parku była otwarta…”

I tak Viasno okazało się być…Wiązowną. Sprytnie. Tylko, czy jest tam jakiś godny uwagi dwór?

Owszem, był!

Szperając w sieci dotarłem do autora publikacji na ten temat: varsavianista, znawca regionu Wiązowny i autor wydawnictw na temat tamtejszych okolic, pan Krzysztof Oktabiński. Wyszperawszy jego warszawski numer telefonu czekałem z wypiekami na twarzy. Okazał się być fascynatem tematu, a więc nasza rozmowa trwała dobrze ponad dwie godziny. Dowiedziałem się z niej, że zespół pałacowo-parkowy w Wiązownej należał do rodziny Szlenkierów. To niestety nijak nie pasowało do Poloniusów. Opowiedziałem o książce.

– To będzie zapewne Neuman! Oni odkupili jeszcze przed wojną część pałacu od Szlenkierów. Szymon Neuman, po tym majątek przejął jego syn Tadeusz, ale on był dyrektorem w Starachowicach, więc nie bardzo dbał o pałac. Tak, miał synów, starszy z nich, Wiktor Neuman zginął w 1958 w Tatrach.

A więc potencjalny Polonius nazywał się Wiktor Neuman! Z powodu braku jakichkolwiek informacji w sieci o nim, zająłem się ojcem. I tu niespodzianka: Tadeusz Neuman był jednym z dyrektorów COP-u, gdzie produkowano działa przeciwlotnicze na licencji Boforsa. Zapewne stąd wzięły się uwagi Poloniusa na temat dział na Westerplatte czy innego uzbrojenia polskiej armii. Inżynier Neuman widnieje na zdjęciu zrobionym z okazji przekazania dział wojsku. Stoi obok marszałka Rydza Śmigłego.

W odnalezionej w bibliotece Kongresu USA książce telefonicznej przedwojennej Warszawy trafiłem na adres: inżynier Tadeusz Neuman, Chocimska 12! A więc byłem w domu! W domu Poloniusa! Wciąż jednak nie dawał mi spokoju Wiktor. Postanowiłem zbadać ten wątek: powrót po wojnie do stolicy.

Po pierwsze, wydawało mi się bardzo mało prawdopodobne, że ktoś tak mocno osadzony w Londynie zechciał po wojnie wrócić do zrujnowanej Warszawy. Po drugie, nie mógł tego zrobić ze względów politycznych, nie wspominając nawet o wymowie jego antysowieckiej książki, która prędzej czy później mogła wpaść w ręce UB, choćby za pośrednictwem powracających do kraju żołnierzy i oficerów z Polskich Sił Zbrojnych na zachodzie.

Mimo wszystko przejrzałem kroniki wypadków w kilku rocznikach magazynu GOPR z lat pięćdziesiątych: ani śladu.

Pozostawał wątek młodszego brata Poloniusa, Feliksa, któremu dedykowana jest książka. Pójdźmy tym tropem!

Wśród wielu wrześniowych ułanów odnalazłem ppor. Bohdana Neumana z 9 pułku Ułanów Małopolskich. Aby dowiedzieć się więcej o pomoc zwróciłem się do współczesnych ułanów zorganizowanych w różnych stowarzyszeniach i grupach rekonstrukcyjnych. Jeden z nich polecił mi autora książki o tym pułku, p. Przybyszewskiego. Dzięki niemu otrzymałem numer telefonu do pani Anny, córki nieżyjącego od 1985 roku majora Neumana.

I znowu gorąca linia Edynburg-Warszawa: przedstawiłem się pani i po krótce opisałem, o co mi chodzi. Długo rozmawialiśmy o losach jej ojca. Dowiedziałem się, że był odznaczony Virtutti Militari, walczył jeszcze po klęsce wrześniowej i w 1940 roku we Francji dostał się do niewoli, którą spędził w obozie w Woldenbergu. Tutaj spotkał wiele znanych po wojnie osobistości, z którymi utrzymywał przyjacielskie stosunki, jak np. aktor Kazimierz Rudzki. Podporucznik Neuman wsławił się zdobyciem (tak! nie zniszczeniem ale zdobyciem w całości!) niemieckiego czołgu podczas kampanii wrześniowej, Właśnie on był protoplastą słynnej sceny ataku szablą na czołg w „Lotnej” Andrzeja Wajdy. Tak, to on! Od pani Anny dowiedziałem się także, że jej ojciec, major Neuman zmarł w 1985 roku i został pochowany w rodzinnym grobowcu na warszawskim cmentarzu Ewangelicko-Augsburskim, na tym samym, na którym spoczywa Wiktor Neuman!

Z wypiekami na twarzy zadałem jej pytanie:

– Co stało się ze starszym bratem pani ojca?- chwila ciszy w słuchawce zanim padła odpowiedź wypowiedziana z wahaniem:

– Ale…ojciec nie miał brata…

– Jest pani pewna?

– Absolutnie! Miał młodszą siostrę, ale nie miał żadnego brata!

– Ale przecież Wiktor Neuman spoczywa w rodzinnym grobowcu?!

– Wie pan, tam jest więcej osób, sprawdzę to przy najbliższej bytności na cmentarzu…

I w ten oto sposób znalazłem się w punkcie wyjścia, z pytaniem wciąż aktualnym: kim byłeś Poloniusie?

W międzyczasie skontaktowałem się z kilkoma osobami, niektóre z nich powszechnie znane jako fachowcy od życia towarzyskiego przedwojennej Warszawy, ale nikt z nich nie miał pomysłu na Poloniusa.

Podczas majowego wypadu do Londynu odwiedziliśmy z żoną Instytut Sikorskiego.

Zainteresowała się nami jakaś pani w sekretariacie. Pokazałem jej książkę i spytałem o możliwość rozmowy z kimś, kto się na tym zna. Po wielu próbach udało się jej połączyć z dr Suchcitzem. Miałem wielką satysfakcję, że –choć nie ja sam, gdyż nie zostałem dopuszczony do słuchawki- rozmawiała w mojej sprawie z tak ważną dla Polski i Polonii osobą. Czekałem, że padnie konkretne nazwisko, które wreszcie raz na zawsze położy kres moim domysłom, co do Poloniusa.

Nie padło.

Pan Suchciz odesłał mnie do biblioteki Polskiego Ośrodka Społeczno Kulturalnego, fizycznie za rogiem.

Jeszcze raz skupiłem się na odpowiedziach z kilku bibliotek, do których zwróciłem się z prośbą o ewentualne dane Poloniusa. Były to placówki, które posiadały po jednym egzemplarzu „ I Saw the Siege of Warsaw”. Zastanowiło mnie, że bibliotekarze z USA, Cambridge, Edynburga, Australii powoływali się w swoich odpowiedziach na jedno i to samo źródło: „ Leksykon Polskich Pisarzy na obczyźnie „ z 1960 roku wydanego w Londynie.

Ta dwutomowa pozycja pod redakcją Tymona Tymańskiego pod hasłem „Polonius” wskazywała Franciszka Bauer Czarnomskiego. Postanowiłem pójść tym tropem.

Bauer Czarnomski był attaché prasowym polskiej ambasady w Londynie w latach 1919-1934, gdzie mieszkał od 1914 roku. Przed wybuchem drugiej wojny światowej był mocno zaangażowany w utworzenie polskiej sekcji BBC, która zaczęła nadawać z Londynu 6 września 1939.

Po jej wybuchu wydał kilka pozycji, niewielkich. Jedną z nich była „Sam na Sam czyli rozmowa z Mackiewiczem o Mackiewiczu”, wydana nakładem autora w Londynie w 1941 roku.

W tym samym roku pojawia się wydawnictwo „ They Fight for Poland” – opis naszych aktualnych sukcesów wojennych.

Ale już trzy lata później, w 1944 roku pojawia się następna broszurka, która z wielkim impetem podejmuje rękawicę rzuconą przez brytyjskie gazety New Statesman i Nation, otwarcie krytykujące Polskę i jej politykę jeszcze na wiele lat przed wybuchem wojny. W obronie jej dobrego imienia staje Bauer Czarnomski, pisząc i wydając swoim nakładem kolejną broszurę, tym razem po angielsku p.t. „ Sprawa przeciwko gazecie New Statesman”.

Jakkolwiek postawa Bauer Czarnomskiego jako polskiego patrioty jest z całą pewnością godna najwyższej uwagi, zainteresowało mnie jednak co innego: na wewnętrznej stronie broszurki znajduje się informacja od autora (również po angielsku):

„ Dla wygody brytyjskich czytelników i pozostając w zgodzie z obecnie panującą modą, autor, Mr. F.B. Czarnomski przybrał nom de plume POLONIUS na stronie tytułowej.”

Trzy lata po wydaniu „I Saw the Siege of Warsaw”, Alexandra Poloniusa! Zastanawiające jest, czy ten Polonius z 1944 nie powołałby się na tego z 1941, gdyby był tym samym Poloniusem? I czy, będąc polskim autorem w Wielkiej Brytanii jest taką filozofią przybierając jakikolwiek pseudonim powołać się na bohatera Shakespeare’a o polsko brzmiącym nazwisku Polonius?

Wydaje się, że ten pseudonim nie był specjalnie wyszukanym ani oryginalnym w czasie wojny wśród Polonii w Wielkiej Brytanii, i to jest pierwszy argument dlaczego Franciszek Bauer Czarnomski, mimo swoich niewątpliwych zasług dla Polski, nie jest autorem „ I Saw the Siege of Warsaw”. Następne są już bardziej konkretne.

We wstępie do swojego dziennika Alexander Polonius nie pozostawia wątpliwości, że był uczestnikiem i naocznym świadkiem tego, co przedstawił na kartach swoich wspomnień. Jeśli jednak przyjąć tezę, że autorem jest Bauer Czarnomski, musimy niektóre fakty zweryfikować.

Innymi słowy: dlaczego autorem dzienników NIE jest Franciszek Bauer Czarnomski?

Po pierwsze:

Paryska Kultura w numerze 11/1962 przedstawia wspomnienie red. Grabowskiego z uczestnictwa w kolacji wydanej w Londynie przez ambasadora Raczyńskiego w dniu 27 sierpnia 1939 roku.

Na wieść o zawartym właśnie pakcie Ribbentrop- Mołotow wszyscy popadają w stan zaniepokojenia, oprócz Bauera Czarnomskiego, który –wierząc w potęgę sojuszu polsko- brytyjskiego, bagatelizuje wiadomość. Grabowski nie dziwi się specjalnie takiej postawie, gdyż jak twierdzi, Czarnomski zatracił ogląd sytuacji z powodu tego, iż już dawno nie wyjeżdżał z Londynu.

Z dzienników wynika jednak, że tego dnia, 27 sierpnia 1939 roku Polonius od dawna był już w Warszawie!

Po drugie:

Jak zapewne uważny czytelnik zauważył, Polonius kilkukrotnie robi aluzje między wierszami swoich dzienników, sugerując że jest posiadaczem brytyjskiego paszportu; jego spotkania na Litwie i Łotwie z brytyjskimi dyplomatami nie są przypadkowe. Skarży się na niestosowne traktowanie posiadaczy brytyjskich paszportów przez łotewskich urzędników.

Bauer Czarnomski wystąpił o naturalizację w Wielkiej Brytanii po wojnie i stosowny akt otrzymał dopiero 9 września 1949 roku. A więc oczywiście nie mógł mieć brytyjskiego paszportu w 1939?

Po trzecie:

Chyba najważniejszy dowód na to, że Franciszek Bauer Czarnomski nie był świadkiem wydarzeń opisanych w dziennikach. Zwróciła mi na to uwagę pani Carmen Quick z biblioteki stanu Victoria w Australii, za co serdecznie Jej dziękuję.

29 września 1939 roku w Wielkiej Brytanii został przeprowadzony oficjalny spis cywilnych mieszkańców, tzw. National Register. Chodziło o ustalenie miejsca pobytu wszystkich osób przebywających tego dnia w Wielkiej Brytanii. Spisani byli wszyscy: od noworodka do starca, ale tylko tego właśnie dnia.

W tym oficjalnym spisie widnieje nazwisko: Franciszek Bauer Czarnomski, urodzony 23 grudnia 1887 roku w Krakowie (to się zgadza!), 29 września 1939 roku stawił się do spisu w londyńskiej dzielnicy Hammersmith.

Pani Quick delikatnie i nie bez racji sugeruje, iż jeśli tego dnia FBC był w Londynie, to z całą pewnością nie mógł być w Polsce.

Nie wyklucza to oczywiście autorstwa dzienników, bo FBC mógł je napisać dla kogoś, ale z całą pewnością nie był świadkiem opisywanych wydarzeń.

A więc nadal pozostaje pytanie: kim jesteś Poloniusie?!

Wydawnictwo ?! Oczywiście!

Powinienem od tego zacząć! William Hodge and Company Ltd. Glasgow, Edinburgh, London.

Poszukiwania w necie zdały się na nic: wydawnictwo od dawna nie istnieje, choć odnalazłem adres firmy zajmującej się stenografowaniem o nazwie William Hodge. Ponieważ była w centrum Edynburga udałem się tam w dzień deszczowy i ponury. Ogromna, wiktoriańska kamienica i wąskie schody, które zawiodły mnie na szóste piętro. Zapukałem do drzwi, które otworzyła starsza, chuda i wysoka kobieta. Przedstawiłem się i powiedziałem, ze szukam wydawnictwa. Wydałem się zapewne przekonująco, bo wpuściła mnie do środka: duży, wysoki pokój zawalony papierami, teczkami i skoroszytami. Pokazałem jej książkę i wyjaśniłem cel mojej wizyty. Bardzo ją to zainteresowało. Potwierdziła, że wydawnictwo zaprzestało swojej działalności już dawno, ale… skontaktuje się z jedynym żyjącym, bardzo wiekowym już współwłaścicielem i da mi znać. Rzeczywiście, po kilku dniach otrzymałem wiadomość, że jakkolwiek starszy pan nie przypomina sobie Alexandra Poloniusa i jego książki, życzy mi powodzenia i trzyma „fingers crossed” za moje powodzenie.

Kwerenda w Bibliotece Narodowej w Edynburgu nie wniosła niczego nowego: wydawnictwo zostało przejęte w latach pięćdziesiątych przez inne, potem ten proces powtórzył się kilkukrotnie i w efekcie nie ma śladu po archiwum wydawnictwa.

Jednym z tropów była wiadomość pozostawiona w dziennikach o tym, że po przekroczeniu litewskiej granicy nasi bohaterowie zostali pojmani i osadzeni w więzieniu w miejscowości Zarasoi. Znając konkretną datę zwróciłem się do zasobów litewskiego archiwum narodowego. Nie czekałem długo na odpowiedź: bardzo miła pani przeszukała je i wkrótce odpowiedziała: litewskie archiwa posiadają spis osadzonych w więzieniu w Zarasoi począwszy od…stycznia 1940 roku. A więc zabrakło dwóch miesięcy…

Pomyślałem o liście pasażerów statku, który przypłynął z Bergen do Newcastle. Zwróciłem się z prośbą do centralnego archiwum w Kew pod Londynem o pomoc. Niestety, mimo konkretnie sformułowanego pytania otrzymałem pytyjską odpowiedź, która prowadziła do nikąd.

Pomyślałem o archiwum w Newcastle, do którego zwróciłem się o pomoc podając konkretną datę, kiedy wpłynął tam statek z Bergen: 23 października 1939. Ale i oni byli bezradni, odsyłając mnie do…Kew. Błędne koło.

Trop pozostaje więc wciąż otwarty…

Pozostawał jeden, nikły ślad, że Poloniusem może być Witold Neuman. W zasadzie jednak tylko jedno źródło, czyli pan Oktabiński potwierdza tę tezę.

W lutym 2017 roku znalazłem się w Warszawie. Stojąc nad jego grobem na cmentarzu Ewangelicko – Augsburskim wpatrywałem się w zimny kamień z jego nazwiskiem. Postanowiłem zasięgnąć języka w parafii- kościele, którego destrukcję w 1939 opisał Polonius. Niestety, ani fizycznie, ani mailowo nie są dostępni ani zainteresowani.

Zwróciłem się zatem do administratora cmentarza, gdzie spoczywają doczesne szczątki człowieka, który może być Poloniusem. W krótkim czasie otrzymałem zapewnienie, iż moja prośba o kontakt została przekazana rodzinie i…na tym koniec. Mijają miesiące i nikt z rodziny nie zechciał, nie mógł lub nie potrafił się ze mną skontaktować.

Nie ulega wątpliwości jednak, że istnieje kilka punktów wspólnych, przemawiających za tym, że autorem jest FBC. Jednym z nich jest fakt, że był on korespondentem Kurjera Warszawskiego. Polonius wspomina o tym, że jest korespondentem warszawskiej prasy, bez podawania jednak nazwy czasopisma, dla którego pracuje.

W tym czasie w Londynie było więcej korespondentów z Polski, którzy wysyłali wiadomości do gazet w kraju. Jednym z nich był Zbigniew Grabowski, powieściopisarz i anglista, objęty zakazem wszelkich publikacji w PRL- u, który zmarł w 1977 roku w Toronto. Fakt, że był na kolacji wydanej w Londynie 27 sierpnia 1939 roku w ambasadzie polskiej w Londynie wraz Czarnomskim wyklucza go z kręgu podejrzanych o bycie Poloniusem, gdyż po prostu fizycznie nie mógł być wtedy w Polsce.

Wspomniana wcześniej pani Quick z Australii zwróciła mi uwagę jeszcze na coś: było to monumentalne dzieło „ World War II in Europe: An Encyclopedia”, opublikowane po raz pierwszy w USA w 1999 roku. Hasło o wojnie obronnej w Polsce opracował profesor John P. Dunn. Jako jedną z dwóch lektur uzupełniających polecił czytelnikom …” I Saw the Siege of Warsaw” Alexandra Poloniusa !

Odnalazłem go na stronie Uniwersytetu Valdosta w Georgii. Bez problemu nawiązaliśmy kontakt. John okazał się być otwartym, bezpośrednim człowiekiem gotowym do pomocy. Niewiele wiedział o tożsamości Poloniusa, oprócz tego, co było o nim samym w dziennikach, ale przesłał mi rzecz bezcenną. Otóż swoją pracę doktorską pisał z tematu „Wojna obronna Polski w 1939 roku” i był tak miły, że przekazał mi jej bibliografię: chyba wszystko, co ukazało się na ten temat po angielsku na Zachodzie. W tej liczbie oczywiście dzienniki Poloniusa!

Kiedy w latach siedemdziesiątych w Stanach Zjednoczonych krążyły „Pollack jokes” John był studentem college’u. Pewnego dnia, na zajęciach z historii nauczyciel napomknął o Polsce, która powstała według owego profesora po 1918 roku. Jako pilny uczeń, przyszły profesor postanowił sprostować tę tezę, ale został wyproszony z klasy za niesubordynację. Wrócił jednak następnego dnia z egzemplarzem „Historii Polski” wydanej w Cambridge.

Tak zaczęła się jego walka o Polskę. Napisał nie tylko pracę doktorską na temat naszego Września, ale bardzo aktywnie działa w kręgach Polonii gdzieś daleko, na zachodnim wybrzeżu USA…

Ale wróćmy do Poloniusa

Kolejny trop prowadzi do Izraela. Tam bowiem, w Tel Avivie mieści się centrala strony internetowej zajmującej się genealogią.

Z kart książki wynika bowiem, że Polonius był synem właściciela zespołu pałacowego w Wiązownej. Biorąc to za pewnik, rozrysowałem sobie ich drzewo genealogiczne.

Wszystko zaczyna się od Szymona Neumana, żydowskiego bankiera ożenionego z Florą Cohn i to właśnie oni nabyli część pałacu w Wiązownej. Mieli trójkę dzieci: Tadeusza ( ojca Poloniusa?), Joannę    ( książkowa ciocia Jani?) i Wandę.

Tadeusz odziedziczył po zmarłym w 1927 Szymonie pałac, a właściwie jego część. Tadeusz Neuman, współdyrektor COPu ożenił się z Zuzanną Goldfeder. Z tego związku był syn Konstanty, urodzony w 1918 roku, a więc za młody na to, by być Poloniusem. Jak wynika z kronik TOPR zginął on w Tatrach wraz ze swoją żoną w 1952 roku.

Mimo, iż Tadeusz był dwukrotnie żonaty, nie miał więcej dzieci. Udało mu się przeżyć wojnę (ukrywał się podczas okupacji podobnie, jak jego syn Konstanty, zmarł w Warszawie w 1962 roku), gdyż jego żona, Zuzanna zmarła na Pawiaku w 1943 roku, siostra Wanda w Treblince w 1944, a Flora Cohn, żona Szymona w 1941? Czy gestapo bezskutecznie poszukiwało Tadeusza i Zuzanna oraz Wanda były tego ofiarami?

Czy Poloniusem był syn cioci Jani, siostry Tadeusza, Antoni Goldfeder (1908-1961) zmarły w Argentynie?

A propos nazwiska Goldfeder: w 1908 roku ze związku Jerzego Skarbka i Stefanii Goldfeder przyszła na świat Krystyna Skarbek, ulubiona agentka Churchilla ! Stefanię Goldfeder zamordowali Niemcy na Pawiaku w 1942 roku. Przypomnijmy, że Zuzannę Goldfeder, żonę Tadeusza spotkał ten sam los rok później. Przypadek?

I nagle nastąpił przełom!

Skontaktowałem się z panem Michałem, który jest administratorem drzewa genealogicznego rodziny Neuman.

Od niego dowiedziałem się, iż Tadeusz Neuman był tylko współwłaścicielem Wiązowny, resztę dzieliły miedzy siebie jego dwie siostry: Joanna (książkowa ciocia Yani) oraz Wanda Potworowska która miała dwóch synów i jedną córkę.

No tak, ale oni powinni w takim razie nosić nazwisko Potworowski?

Wanda Potworowska, primo voto Neuman (po pierwszym mężu!) urodziła się w 1884, i z tego małżeństwa miała trójkę dzieci:

  • Andrzej Marcin Neuman, urodzony 17 stycznia 1907
  • Franciszek Stefan Neuman, urodzony 15 lipca 1913 w Warszawie
  • Antonina Zofia Neuman, urodzona 15 lipca (!) 1909

Po raz pierwszy wszystko zaczęło się logicznie układać! Po sześciu latach poszukiwań!

Zula, czyli Zofia Neuman, ta wesoła trzpiotka z kart dzienników Poloniusa, studentka Uniwersytetu Warszawskiego zaginęła podczas okupacji. Zapewne zamordowana przez Niemców po pojmaniu w łapance. Uznana oficjalnie za zmarłą w 1946 roku.

Franciszek Stefan Neuman, któremu dedykowana jest książka Poloniusa, podporucznik WP, odnajdujemy go na liście jeńców, ale nie w Woldenbergu, lecz w obozie jenieckim w Arnswalde, czyli Choszcznie! Po wojnie dostał się do Wielkiej Brytanii, być może przy pomocy starszego brata. Tu ożenił się z Brytyjką, zmarł w Londynie w 1966 roku (jego żona w 1980). Doczekał się czwórki dzieci.

I wreszcie…

Andrzej Marcin Neuman

Urodzony 17 stycznia 1907 roku, znany także jako Andrew Martin de Neuman.

Otrzymałem odpowiedź na jego temat z biblioteki uniwersytetu w Cambridge: ekonomista, wykładowca w prestiżowej London School of Economics. W 1947 roku, kiedy otrzymał brytyjskie obywatelstwo zamieszkiwał w Exeter i był wykładowcą w St Michael. Mąż Doris Margaret Virtue (Neuman).

Po II wojnie światowej dołączył do dużego grona polskich naukowców tworzących w London College kadrę dla Polish University College, szkołę wyższą dla rodaków zdemobilizowanych z Polskich Sił Zbrojnych na zachodzie, którzy uzyskali wykształcenie rozjeżdżając się z dyplomami w kieszeni po całym świecie.

W latach pięćdziesiątych pracował jako…doradca ekonomiczny rządu Indonezji, wraz z profesorem Stanisławem Swianiewiczem, jedynym ocalałym z masakry polskich oficerów w Katyniu i autorem książki na ten temat!

Neuman publikuje w 1955 roku nakładem Uniwersytetu Cambridge książkę o rozwoju przemysłowym Indonezji („ Industrial Development of Indonesia”).

Jednocześnie z tymi wiadomościami nadeszło powiadomienie od władz cmentarza w jednej z londyńskich dzielnic, gdzie spodziewałem się zastać jego grób: niestety, nie posiadamy zapisu…

Sprawdziłem także spis ludności z 29 września 1939 w Wielkiej Brytanii . Nie ma na nim Andrzeja Marcina Neumana, który był tam rezydentem. Czyli…Czyli musiał być w tym czasie poza UK. No oczywiście: był wtedy w Polsce rozdrapywanej między Niemców i Rosjan!

Wszystko ułożyło się perfekcyjnie. Po tylu latach!

Wśród wszystkich odnalezionych przeze mnie do tej pory informacji na temat Andrzeja Marcina Neumana brak daty i miejsca śmierci.

Poloniusie, czy spoczywasz więc gdzieś w Indonezji?!

Prędzej czy później odnajdę Twój grób, na razie jednak oddaję Twoje dzienniki z 1939 roku, przetłumaczone i objaśnione czytelnikowi w wolnej Polsce.

Nie masz pojęcia jak cieszę się, że spełnił się sen.

Twój i mój!

 

Marek Przybyłowicz